Nie zawsze potrzebujemy kolejnej odpowiedzi. Czasami potrzebujemy chwili ciszy, w której możemy wreszcie usłyszeć siebie.
Są takie momenty...
Są w życiu takie momenty, kiedy wszystko wokół na chwilę cichnie.
Telefon przestaje dzwonić.
Dom pustoszeje.
Nie ma już tylu spraw do załatwienia.
I nagle zostajesz sama ze swoimi myślami.
Kiedyś nie bardzo wiedziałam, co zrobić z taką ciszą.
Zawsze było przecież coś ważniejszego.
Praca.
Dom.
Rodzina.
Czyjeś problemy.
Czyjeś potrzeby.
Zawsze można było zrobić jeszcze jedną rzecz.
Jeszcze komuś pomóc.
Jeszcze coś naprawić.
Jeszcze coś załatwić.
A potem przychodził wieczór i okazywało się, że dla siebie znowu zabrakło czasu.
A gdzie w tym wszystkim jestem ja?
To pytanie długo nie chciało się pojawić.
A może pojawiało się wcześniej, tylko nie chciałam go słyszeć.
Bo kiedy przez lata jesteś osobą, która sobie radzi, bardzo łatwo przyzwyczaić się do tego, że właśnie taka masz być.
Silna.
Odpowiedzialna.
Dzielna.
Tą, na którą zawsze można liczyć.
I można nawet polubić ten obraz siebie.
Dopóki pewnego dnia nie okazuje się, że nie pamiętasz już, czego potrzebujesz Ty.
Beata pisała o tym, jak łatwo dzielność może stać się nawykiem — takim, który sprawia, że człowiek coraz rzadziej pyta siebie, czy naprawdę jeszcze ma siłę.
„A gdzie w tym wszystkim jestem ja?”
Zawsze na końcu
Przez długi czas wydawało mi się, że tak właśnie powinno wyglądać życie.
Najpierw inni.
Potem wszystko, co trzeba zrobić.
A dopiero na końcu ja.
Jeżeli zostanie trochę czasu.
Trochę energii.
Trochę przestrzeni.
Tylko że ten „koniec” potrafi bardzo długo nie nadchodzić.
Zawsze pojawia się coś jeszcze.
Jeszcze ten tydzień.
Jeszcze ten problem.
Jeszcze jedna rzecz do załatwienia.
A potem odpocznę.
Tylko że to „potem” ciągle się przesuwa.
I nagle orientujesz się, że jesteś zmęczona nie jednym trudnym dniem.
Jesteś zmęczona latami bycia dzielną.
Siła, która stała się nawykiem
Długo myślałam, że siła oznacza, że trzeba sobie radzić.
Nie pokazywać słabości.
Nie prosić.
Nie zawracać innym głowy.
Po prostu zrobić to, co trzeba.
Dzisiaj myślę o tym trochę inaczej.
Może prawdziwa siła nie zawsze wygląda jak zaciskanie zębów.
Może czasami wygląda jak powiedzenie:
Jest mi źle.
Jestem zmęczona.
Boję się.
Nie wiem, co dalej.
Potrzebuję pomocy.
I pozwolenie sobie, żeby te słowa naprawdę wybrzmiały. Beata bardzo mocno wraca w swoich tekstach właśnie do tej myśli: że nie chce już mierzyć swojej siły tym, ile potrafi znieść w milczeniu.
Cisza nie zawsze oznacza pustkę.
Może być początkiem rozmowy.
Tej najważniejszej.
Z samą sobą.
Głos, który był cały czas
Myślę dzisiaj, że własny głos prawdopodobnie nigdy we mnie nie zniknął.
Tylko przez lata mówił zbyt cicho.
A ja byłam zbyt zajęta, żeby go usłyszeć.
Zamiast pytać siebie:
Czego chcę?
częściej pytałam:
Co powinnam zrobić?
Zamiast:
Czego potrzebuję?
myślałam:
Czego potrzebują ode mnie inni?
Zamiast:
Czy jestem szczęśliwa?
mówiłam sobie:
Przecież wszystko jest w porządku.
Można bardzo długo żyć w ten sposób.
I nawet uwierzyć, że tak właśnie wygląda dorosłość.
Coraz częściej pytam siebie
Dzisiaj próbuję zatrzymać się wcześniej.
Zanim odpowiem wszystkim dookoła, próbuję odpowiedzieć sobie.
Czego potrzebuję?
Czego już nie chcę?
Za czym tęsknię?
Co od dawna odkładam?
I najtrudniejsze pytanie:
Czy naprawdę potrzebuję jeszcze czasu, czy po prostu się boję?
Nie zawsze znam odpowiedź.
Ale coraz częściej pozwalam sobie jej poszukać.
Nie muszę od razu zmieniać całego życia.
Nie każda myśl musi stać się decyzją.
Czasami wystarczy jeden mały krok.
Jeden, który jest naprawdę mój.
To również jeden z ważnych motywów w tekstach Beaty — nie trzeba znać całej drogi, żeby móc rozpoznać swój następny krok.
Nie muszę już wszystkiego wiedzieć
Może właśnie tego uczę się teraz najbardziej.
Że nie muszę mieć odpowiedzi na wszystkie pytania.
Nie muszę wiedzieć, gdzie będę za pięć czy dziesięć lat.
Nie muszę być pewna w stu procentach.
Mogę się bać.
Mogę się wahać.
Mogę zmienić zdanie.
Mogę spróbować.
Mogę powiedzieć:
Myślałam, że tego chcę. Już nie chcę.
I to nie musi oznaczać porażki.
Czasami oznacza po prostu, że dowiedziałam się czegoś nowego o sobie.
A może właśnie o to chodzi?
Może powrót do siebie nie zaczyna się od wielkiej decyzji.
Nie od przewrócenia życia do góry nogami.
Nie od odwagi, której nagle nabieramy.
Może zaczyna się znacznie ciszej.
Od chwili, w której przestajemy na moment słuchać wszystkich innych.
I pytamy siebie:
Czego ja właściwie chcę?
Może odpowiedź nie przyjdzie od razu.
Może będzie bardzo cicha.
Ale jeśli damy jej wystarczająco dużo miejsca, być może w końcu ją usłyszymy.
Zostań z tym na chwilę...
Kiedy ostatni raz naprawdę usłyszałaś swój własny głos?
Nie to, czego potrzebowali od Ciebie inni.
Nie to, co „powinnaś”.
Nie to, co byłoby rozsądne.
Tylko to, czego naprawdę potrzebowałaś Ty.