Sztuka zatrzymywania się

Są dni, które mijają tak szybko, że wieczorem trudno przypomnieć sobie, co właściwie wydarzyło się pomiędzy poranną kawą a gaszeniem światła.

Kolejne zadania.

Telefon.

Zakupy.

Praca.

Wiadomości, na które trzeba odpowiedzieć.

Rzeczy, o których trzeba pamiętać.

Czyjeś potrzeby, czyjeś pytania, czyjeś oczekiwania.

I gdzieś pomiędzy tym wszystkim jesteśmy my.

Czasami mam wrażenie, że nauczyłyśmy się doskonale żyć w ruchu.

Robić kilka rzeczy jednocześnie.

Planować następny dzień, zanim skończy się obecny.

Myśleć o tym, co trzeba zrobić jutro, kiedy jeszcze nie zdążyłyśmy naprawdę przeżyć dzisiaj.

A przecież życie nie zawsze potrzebuje od nas kolejnego kroku.

Czasami potrzebuje, żebyśmy na chwilę zostały w miejscu.

Zatrzymanie się nie zawsze jest łatwe.

Bo kiedy przestajemy biec, zaczynamy słyszeć.

Myśli, które przez cały dzień zagłuszały obowiązki.

Zmęczenie, którego nie chciałyśmy zauważyć.

Tęsknotę.

Pytania, na które od dawna nie mamy czasu odpowiedzieć.

Czasami również własny głos.

Ten cichy, który przez lata nauczyłyśmy się odkładać na później.

„Pomyślę o tym później.”

„Teraz nie jest dobry moment.”

„Najpierw muszę zająć się wszystkimi innymi.”

„Jeszcze tylko to.”

I tak mijają tygodnie.

Miesiące.

Czasami lata.

Może dlatego tak bardzo potrzebujemy chwil, w których niczego od siebie nie wymagamy.

Nie po to, żeby być bardziej produktywne.

Nie po to, żeby lepiej zarządzać swoim czasem.

Nie po to, żeby następnego dnia zrobić jeszcze więcej.

Po prostu po to, żeby przez kilka minut być.

Usiąść przy oknie.

Wypić herbatę, zanim wystygnie.

Pójść na spacer bez celu.

Odłożyć telefon.

Przeczytać kilka stron książki.

Popatrzeć przez chwilę na drzewa.

Albo po prostu siedzieć w ciszy i pozwolić myślom płynąć własnym rytmem.

To takie proste.

A jednak coraz trudniejsze.

Zastanawiam się czasami, czy zatrzymywania również trzeba się nauczyć.

Bo przez lata uczymy się przecież czegoś zupełnie innego.

Jak być odpowiedzialną.

Jak być potrzebną.

Jak radzić sobie sama.

Jak nie zawieść.

Jak zdążyć.

Jak zrobić jeszcze jedną rzecz, nawet kiedy jesteśmy już zmęczone.

Niewiele natomiast mówi się o tym, jak powiedzieć sobie:

„Na dzisiaj wystarczy.”

Bez poczucia winy.

Bez tłumaczenia się.

Bez przekonania, że powinnam jeszcze coś zrobić.

Może zatrzymanie się jest właśnie takim małym powrotem do siebie.

Do własnego tempa.

Do własnych myśli.

Do rzeczy, których nie słychać, kiedy cały czas jesteśmy zajęte.

I może właśnie wtedy zaczynamy zauważać, że niektóre odpowiedzi były w nas od dawna.

Tylko wcześniej nie miałyśmy czasu ich usłyszeć.

Dlatego coraz bardziej wierzę, że zatrzymanie się nie jest stratą czasu.

Jest jego odzyskaniem.

Bo życie nie składa się wyłącznie z tych wielkich momentów, na które czekamy.

Składa się również z poranków.

Cichych wieczorów.

Rozmów.

Zapachów.

Światła wpadającego przez okno.

Kubka trzymanego obiema dłońmi.

Chwili, w której przez kilka sekund niczego nie trzeba.

I może właśnie w tych małych chwilach dzieje się znacznie więcej, niż nam się wydaje.

Dzisiaj chciałabym więc niczego Ci nie proponować.

Nie mam dla Ciebie listy rzeczy, które powinnaś zrobić.

Chciałabym tylko zostawić Ci jedną myśl.

Może nie zawsze musisz iść dalej.

Może czasami możesz się zatrzymać.

Usiąść.

Odłożyć wszystko na chwilę.

I zapytać siebie:

Jak się naprawdę mam?

Nie jak powinnam się mieć.

Nie jak wyglądam w oczach innych.

Nie czy daję sobie radę.

Tylko:

jak naprawdę się mam?

I może pozwolić sobie usłyszeć odpowiedź.

Zostań z tym na chwilę.

Gdybyś dzisiaj nie musiała nigdzie się spieszyć, czego chciałabyś doświadczyć w tej jednej, cichej chwili?

Previous
Previous

Między ciszą a własnym głosem

Next
Next

Gdy życie zmienia kierunek